|

Sucha
Góra i drzewa- wióra
Adam Fularz
Dlaczego wciąż wydaje się nam że
żyjemy w mieście pełnym zieleni? Być może mieszkańcy miasta
są zmyleni jego nazwą, sugerującą że miasto wprost tonie w
zieleni. Ocena porównawcza z sąsiednimi miastami pokazuje
jednak co innego: Zielona Góra to absolutnie betonowa
pustynia, a pozostałe w niej strzępki zieleni miejskiej to
niedobitki drzewostanu z okresu sprzed II wojny światowej.
Od 1945 roku, mimo że liczba mieszkańców miasta wzrosła
pięciokrotnie, nie przybyły żadne nowe tereny parkowe, a
wysadzane ongiś drzewami aleje śródmiejskie jakoś w
międzyczasie uległy poszerzeniu, a pas drzew ustąpił miejsca
warstwom asfaltu. Zupełnie jakby nie dało się pogodzić
potrzeb transportu i idei miasta pełnego zieleni.
Jedno spojrzenie do kilku miast
zachodnioeuropejskich pokazuje, że żyjemy w betonowej puszce
i jesteśmy z niewiadomego powodu przyzwyczajeni jesteśmy do
akceptacji ewidentnej nieprawdy, jakoby w naszym mieście
było bardzo zielono. Może kiedyś, gdy starano się
wprowadzić w życie ideę Grünbergu- miasta ogrodu autorstwa
prof. Jansena i obsadzano
wszystkie główne ulice miasta szpalerami drzew, tak było
istotnie. Dziś tamte drzewa uschły, a nowych nie posadzono.
Żyjemy w szarości, i miło byłoby gdyby mieszkańcy naszego
miasta w swych ocenach wreszcie przestali się sugerować
nieaktualnym już przymiotnikiem z nazwy miasta i rozejrzeli
się wokół siebie.

Fot. Miasto- ogród
Zielona Góra według opracowania prof. Jansena z 1925 r.
Niektóre miasta
europejskie wprost toną w zieleni. Niemal wszystkie miasta
francuskie maja główne aleje osadzone szpalerami platanów
oraz ogromne parki z rabatami pachnących kwiatów,
ekskluzywnymi promenadami i rzadkimi gatunkami roślin.
Ogrody reprezentacyjne nazywają się esplanadami i są
ulubionymi miejscami spędzania czasu przez odpoczywających
Francuzów. Pełne wodotrysków, posągów, wodnych oczek,
punktów widokowych i cennych roślin są ogrodzone i zamykane
na noc, by kosztowne rośliny nie zmieniły właścicieli. Są
dumą tamtych miast i miejscem, gdzie oprowadza się
przyjezdnych.
Miasta niemieckie też
nie są daleko w tyle- sam język niemiecki jest pełen
określeń dla spacerowania, ja znam trzy różne niemieckie
określenia dla polskiego „spacerować”. Najbliższe naszemu
większe miasto niemieckie, odległy o 81 km 65- tysięczny
Frankfurt nad Odrą, od czasu zjednoczenia prowadzi program
odtwarzania zrujnowanej w komunizmie zieleni miejskiej.
Obsadza się na powrót ulice odpornymi na negatywny wpływ
miasta gatunkami drzew. Główna ulica miasta tonie w zieleni
szpalerów drzew mimo że jest ruchliwą ulicą. Odbudowano
reprezentacyjne barokowe parki Anger i Lenné, jak też i
odnowiono ogród botaniczny. Nad Odrą zbudowano
reprezentacyjną promenadę spacerową, i kosztem wielu
milionów Euro zrealizowano dotowany przez Unię Europejską
projekt utworzenia Ogrodu Europejskiego na wyspie
Ziegenwerder, gdzie posadzono nawet autentyczne, sprowadzone
z Francji palmy. Także ten ogród jest zamykany wieczorem,
mimo że posadzone w nim rośliny jeszcze nie zdążyły
porządnie urosnąć.
W Zielonej Górze nie ma ani
jednego parku z prawdziwego zdarzenia: dobrze zadbanego,
posiadającego jakiekolwiek rabaty kwiatów, ogrodzonego
płotem i zamykanego na noc. Obydwa największe zielonogórskie
parki to w istocie cmentarze, z których wywieziono tylko
poniemieckie nagrobki. Smutek i nostalgia w nich pozostała,
bo jej już wywieźć nie było można. Nie mamy też ani jednej
obsadzonej drzewami głównej arterii miejskiej. Drzewa,
jakimi Jansen nakazał obsadzić zaprojektowaną jako aleję
spacerową ul. Westerplatte, znikły już tak dawno, że
niewielu zielonogórzan jeszcze je pamięta.
Główne ulice naszego miasta to w
istocie odpychające od spaceru betonowe pustynie. Władze
miasta zatrudniają pseudospeców od zieleni, w opinii których
„drzew wzdłuż ulic sadzić nie można, ponieważ korzeniami
niszczą asfalt”, jak usłyszeć można było z okazji wycięcia
drzew wzdłuż ul. Batorego. Zaproponować zatem wypada, by
owych specjalistów bezceremonialnie wymieniono na takich,
jacy są w miastach zachodniej Europy: po prostu sadzących
drzewa tam, gdzie są one mieszkańcom potrzebne. Dyletanci
zasłaniający swoją niekompetencję wyimaginowanymi barierami
są zupełnie zbyteczni, a gatunków „miejskich” drzew, które
ulic korzeniami nie rozsadzają jest bez liku i powinni byli
o tym wiedzieć.
Jedyne co w tej
sytuacji można zrobić, to na powrót obsadzać miejskie ulice
drzewami- robią tak m.in. włodarze Elbląga, a ostatnio nawet
Gorzowa. Wymaga to jednak podejścia innego niż obliczona na
krótkotrwały efekt skrajna prowizorka, jakiej dopuściły się
władze miasta sadząc co prawda na starówce drzewa, ale… w
donicach. Należy też wreszcie stworzyć od zera choć jeden
prawdziwy park miejski. Być może na zaniedbanym placu
Słowiańskim, być może na części Wzgórza Winnego, być może na
terenach Polskiej Wełny lub byłej gazowni. Istnieje też
wiele terenów, które przed wojną służyły jako parki, a po
wojnie władze miasta o nich zapomniały, mając ważniejsze
zmartwienia. Jest to teren wokół Wagmostawu, na którego
zboczach ongiś rosła winorośl. Dlaczego nie miałaby powrócić
tam i dziś?
Całą Dolina Luizy,
rozciągającą się od Wagmostawu poprzez ul. Sulechowską aż do
ul. Batorego, powinno się ogłosić wielkim parkiem, obsadzić
go drzewami i stworzyć nad spiętrzoną rzeczką alejki dla
spacerowiczów i odtworzyć istniejące tam przed wojną
restauracje. Sam staw powinien być jak najszybciej
oczyszczony w ramach robót publicznych z osadów rzecznych
naniesionych przez ostatnie 50 lat komunizmu, które zasypały
już niemal ¾ jego pierwotnej długości. Staw ten był ongiś
przecież głównym miejscem wypoczynku zielonogórzan, dlaczego
więc nie miałby się nim stać i w przyszłości, gdy znikną
porastające go trzciny i krzaki?
Inne miłe oku miejsce
to położona dwa kilometry na północ aleja Poetów i
zapuszczony, pełen pięknych stawów park pomiędzy ul.
Akademicką i ul. Wyspiańskiego. Nie ma on już statusu parku
miejskiego, i jest coraz bardziej obcinany przez
rozrastające się miasto. Największą wyrwę w nim stworzył
Uniwersytet Zielonogórski, który zasypał jeden z unikalnych
stawów niszcząc całkowicie jego ekosystem, wycinając
wszystkie drzewa i przebudowując go w obetonowaną, w dodatku
otoczoną garażami nieckę pełną ścieków. Za taki czyn
uczelnia ta powinna stracić prawo do kształcenia studentów w
kierunkach związanych z ekologią i ochroną środowiska,
bowiem jak pokazują jej bezwzględnie niszczące naturę
działania, nie ma z tymi ideałami wiele wspólnego. Wypada
czekać, aż w ramach swego „rozwoju” sięgnie po resztę tego
parku, starając się go przekształcić w betonowo-kanciasty
koszmar rodem z deski projektanta, który nie miał cyrkla,
kochał beton i nienawidził drzew.
|