|

Resztki
zielonogórskiej parkowej świetności- czy warto je ocalić?
Adam Fularz
W Zielonej
Górze przed wojną były aż cztery piękne parki, o których
zapomniano, a które możnaby dziś przywrócić do życia. Jest
to konieczne, by uchronić je od zniszczenia przez
niekontrolowany rozwój zabudowy, i zapał miejskich
planistów, dla których zapomniane od wojny parki, choćby nie
wiadomo jak urokliwe, są tylko działkami i terenami
budowlanymi. A one kiedyś były czymś więcej: stanowiły
zielone płuca miasta, naturalną ostoję, do której na
weekendowe wypady udawała się spora część zielonogórzan,
znakomicie się bawiąc w działających w nich oberżach i
restauracjach.
Zielonogórskie zapomniane od wojny parki miały na ogół
szczęście. Rozwój zabudowy w okresie komunizmu z reguły je
oszczędzał. Ich kres szybko jednak następuje: oto bowiem
zabudowa miejska nie ma się gdzie rozwijać i teren
„nieformalnych” parków stanowi teraz jedyną oazę w mieście
wolną od zabudowy, co powoduje, że chętnych na działki tutaj
jest wielu. Czy zielonogórskie parki uda się zachować dla
przyszłych pokoleń, czy też staną się częścią historii
naszego miasta? Możnaby łatwo je ocalić, jeśli władze miasta
zainteresowałyby się wreszcie ich losem i temat ten
przestały zbywać milczeniem. Dotychczas bowiem te zaniedbane
relikty przedwojennych parków zupełnie lekceważyło.
Parkowe cmentarze
W centrum
miasta brak jest założeń parkowych mogących równać się
jakością z parkami typowymi dla sąsiednich miast tej
wielkości: gorzowskim Parkiem Róż czy frankfurckimi
barokowymi parkami Lenné czy Anger. Smutnym substytutem
parków są przedwojenne cmentarze, z których usunięto
nagrobki, Poza tym marnym przykładem wydaje się, że miastu
brak jest normalnych terenów parkowych.
Jest to
prawda, ale nie do końca. Miasto mogłoby mieć takie tereny
parkowe z prawdziwego zdarzenia, gdyby tylko o to
odpowiednio zadbało. Oto od 60 lat niszczeją zaniedbane
przedwojenne tereny parkowe- zupełnie nieznane dla wielu
zielonogórzan, a przecież tak cenne przyrodniczo. Niestety-
dziś przeciętny spacerowicz nie ma w nich czego szukać.
Spacerując po nietkniętych ludzką ręką, zapuszczonych od II
wojny światowej wyboistych alejkach, potknie się na licznych
korzeniach i złamie np. rękę. Chcąc zejść nad piękny staw w
niecce pośrodku liściastego lasu, utknie w glinie albo
zjedzie wprost do wody. Nie są to warunki spaceru dla
większości osób, tak więc trudno się dziwić, ze w te
urokliwe zakątki miasta mało kto się wybiera. I być może
dobrze, ponieważ brak w nich np. koszy na śmieci, wobec
czego szybko utraciłyby sporo swego uroku.
Parki mamy
w zasadzie wspaniałe, ale zupełnie nie znane, nieodkryte,
kompletnie zaniedbane. Wydaje się, jakby ich egzystencja
była zupełnie obca władzom miasta. Wystarczy w nich wytyczyć
alejki, choćby tylko żwirowe, wysypane grysikiem, ale żeby
można było przejechać np. wózkiem dziecięcym lub rowerem. Bo
te stare ścieżki w tych parkach od 50- 60 lat były
nietknięte.
Zapomniany Park Poetów
Najbardziej
mi się podoba Park Poetów, z przebiegająca jego środkiem
wysadzaną grabami Aleją Poetów. Znajduje się pomiędzy ul.
Akademicką a ul. Wazów i Wyspańskiego. Są w nim: dwa albo
trzy wąwozy, a do pierwszego wchodzi się na rogu ul.
Szafrana i Akademickiej, na przeciwko pubu „U Ojca”. W parku
są aż cztery stawy, z tego dwa duże. Nazywają się one
"Dziady" i „Glinianki”. „Dziady” to największy i
najładniejszy staw w głębi parku, bo położony w głębokiej
niecce (jego dziwna nazwa może pochodzić od tytułu dzieła
Mickiewicza).
Glinianki
to mniejszy staw, który został zniszczony przez rozbudowę
Uniwersytetu Zielonogórskiego, podczas której brutalnie
wycięto wszystkie kilkadziesiąt drzew naokoło stawu i
zbudowano tam m.in. garaże. Ten staw był kiedyś
najładniejszy, a teraz został zupełnie zniszczony i
obetonowany przez uniwersytet, do którego niestety od kilku
lat ten teren należy. Obok stawu znajduje się teren byłego
ogrodu zoologicznego przy ul. Wyspiańskiego, także należący
dziś do uniwersytetu. Wyburzono pawilony, w których ongiś
mieszkały zwierzęta z zoo, wycięto fragment parku,
wzniesiono dwa akademiki (planowane są kolejne). Tutaj, w
pobliżu pętli autobusowej też znajdują się koleje dwa stawy,
tak mocno zapuszczone, że w większości już zamulone.
W parku
Poetów, idąc za stawem „Dziady” w kierunku wschodnim
znajduje się przedwojenna skocznia narciarska, a przed wojną
był jeszcze wyciąg, po którym zostały tylko pordzewiałe
słupki w lesie. Jest tam jeszcze zarośnięty już nieco i
zniszczony tor saneczkowy, oraz źródełko, z którego wielu
okolicznych mieszkańców przychodzi czerpać wodę źródlaną.
Szkoda tylko, że nie wiadomo jak nazywa się góra ze skocznią
narciarską (a raczej jej pozostałością), z której rozciąga
się okazały widok na okolice miasta.
W parku tym
powinno się wyżwirować alejki, wyrównać ścieżki i ustawić
kierunkowskazy do co ciekawszych miejsc tego parku. Powinna
powstać ścieżka przebiegająca przez cały park, od os.
Pomorskiego do ul. Wazów. Park powinien być wkomponowany w
teren Uniwersytetu, a nie być od niego kompletnie
odgrodzonym, mimo iż Uniwersytet z tym parkiem graniczy
„przez płot”. Wówczas park ten mógłby służyć oprócz
mieszkańców miasta także szukającym odpoczynku i wytchnienia
studentom.
Powinno się
jedynie dostosować zapuszczony park do dogodnych spacerów.
Władze miasta nie powinny ruszać świetnego, naturalnego i na
wpół zdziczałego drzewostanu ani też ingerować w gęstą
roślinność. Tam żyją prawdziwe dzikie sarny, i można je
niekiedy tam zauważyć. Jest to dla nich enklawa i matecznik,
bo teren jest odcięty od reszty lasów obwodnicą
autostradową. Wycięcie gęstego młodnika pozbawiłoby je
miejsc ucieczki.
Należy
przekonać władze miasta do "przywrócenia" tego parku
mieszkańcom. Jest on pod wieloma względami najlepszym
parkiem w Zielonej Górze i wielu ceni sobie jego dzikość i
naturalność. Niestety, jego uroki są znane tylko nielicznym
zielonogórzanom. Warto by było ten stan zmienić.
Zapuszczona Dolina Luizy
Poruszyć
wypada też temat Doliny Luizy. Jest to piękna, niezniszczona
jeszcze urbanizacją miasta, zazieleniona dolina przy jedynej
przepływającej przez miasto rzeczce. Aż dziw bierze, że się
takie miejsce w centrum jeszcze zachowało i nie zostało
brutalnie pochłonięte przez blokowiska. Przed wojną ta
dolina była ulubionym terenem spacerowym zielonogórzan, dziś
jest zapomniana i częściowo zniszczona. Przed wojną działały
tu liczne restauracje i winiarnie. Czynne były kąpieliska
nad rzeczką, i działały aż 3 baseny, zachowane do naszych
czasów: jeden z nich znajduje na ul. Źródlanej koło
kościoła, a dwa pozostałe znajdują się na ul. Urszuli, w
parku i głębiej w lesie.
Rzeczka
byłą miejscami spiętrzona, a całość była plenerowym parkiem
rozciągającym się od ul. Batorego do ul. Szwajcarskiej. W
zasadzie da się to miejsce jeszcze uratować, tylko potrzebna
jest specjalna polityka władz miasta, która tą dolinę
ogłosiłaby parkiem, objęła ochroną przed nadmierną zabudową.
Władze miasta powinny wytyczyć lub odtworzyć zarośnięte już
alejki (szczególnie tą najdłuższą, ciągnącą się od ul.
Batorego do ul. Sulechowskiej i dalej do ul. Szwajcarskiej)
i dokonać nasadzeń brakujących miejscami drzew. Byłby to
wtedy największy park Zielonej Góry. I moim zdaniem,
najpiękniejszy, bo posiadający urokliwą rzeczkę i oferujący
oazę zieleni w centrum miasta.
Sczezły blask Wagmostawu
Straszy
najbardziej okazała pamiątka wykwintnego wypoczynku
mieszkańców przedwojennej Zielonej Góry- Wagmostaw. Staw
powstały przez spiętrzenie rzeczki istnieje nadal, mimo że
przedwojenne eleganckie lampy, balustrady, mostki i ławki
rozkradziono, a drzewa częściowo powycinano. Staw jest w 3/4
już niestety zamulony, bo od 60 lat nie było komu czyścić
odmulników i osady zapiaszczyły już większą część jego
oryginalnej powierzchni, pozostawiając marny skrawek wodnej
toni. Ongiś przy stawie była przystań, działała
wypożyczalnia łódek, w zimie było tutaj najpopularniejsze w
mieście lodowisko. Pomost z altaną na stawie umożliwiał
konsumpcję potraw bezpośrednio nad jeziorkiem. Muszla
koncertowa, która przetrwała 60 ostatnich lat, znikła w tym
roku, a wokół stawu pozostały tylko kikuty przedwojennych
lamp. Z resztek spalonej w latach 80-tych kręgielni i
kawiarni pozostały jedynie fundamenty.
Restaurację
z ogromną salą balową, miejsce ekskluzywnych rautów i balów,
która była po wojnie domem kultury "Zastalu" i długo słynęła
z kręgielni i dobrych lodów, sprzedano po bardzo okazyjnej
cenie (za 50 000) miejscowemu biznesmenowi, jak wszyscy
opowiadają, znajomemu byłego prezydenta miasta. Kresem
restauracji było podpalenie podniszczonego i
niezabezpieczonego budynku przez nieznanych sprawców w 2003
r. Trudno dociec, jaki będzie los tej położonej nad
urokliwym stawem zabytkowej budowli. Czy zostanie
odbudowana, czy też pozostanie ruiną przyciągającą amatorów
złomu, wyszarpujących zabytkowe detale z absyd i pinakli?
Niemcom odwiedzającym nasze miasto, którzy przychodzą
odwiedzić jego najsympatyczniejsze i najpopularniejsze
miejsce zabaw i rozrywki, z pewnością łezka kręci się w oku,
gdy widzą jego dewastacje i kompletny niemal upadek.
To, że
wciąż tutaj nic nie powstało, świadczy o bezradności i
niekompetencji władz miasta. Jakie to dziwne, że w znacznie
mniejszych miejscowościach takie atrakcyjnie położone nad
wodą restauracyjki mają wielu chętnych klientów i wciąż się
rozbudowują, natomiast w Zielonej Górze muszą odstraszać?
Knajpa położona nad stawami piechowickimi pod Jelenią Górą
pracuje pełną parą, specjalizuje się w daniach rybnych i
właśnie dobudowała kolejną nadwodną salkę na palach wbitych
w dno stawu. Znacznie lepiej położony lokal w centrum
Zielonej Góry, nad brzegiem urokliwego, choć zapuszczonego
stawu jest symbolem upadku. O co tu chodzi? I dlaczego
formuła gospodarcza, która sprawdza się gdzie indziej, nie
wychodzi w Zielonej Górze? Jedno jest pewne: dopóki
zapuszczony, zaśmiecony (brak tu np. koszy na śmiecie),
zamulony i zarośnięty staw będzie odstraszał od spaceru, a
naprzeciwko byłej restauracji działać będzie pijacka melina,
dopóty nie pojawią się chętni na wizyty i stołowanie się w
tej ohydnej dziś, a świetnej ongiś okolicy.

Fot. Dolina
Luizy przed II wojną światową

Fot.
Wnętrze restauracji w 1927 r.

Fot. Wagmostaw w 1912 roku
Nie chce się?
Jedno jest
pewne- najpiękniejsze zielonogórskie parki są niezwykle
zapuszczone i pokazują jasno, że o nich nikt nie myśli. Brak
jest jakiejkolwiek polityki władz miasta, która miałaby na
celu choćby tylko zachowanie dla potomnych tego, co
funkcjonowało tu w przeszłości, nie wspominając o
jakichkolwiek próbach wykorzystania np. funduszy Unii
Europejskiej na ich odbudowę. Ciekawe, czy urokliwą Dolinę
Luizy, niemy dowód tego, jak pięknie tu było za Niemca, uda
się jeszcze uratować? Konieczna jest akcja, która nakłoni
władze miasta do odbudowy świetności Wagmostawu, i wybrania
osadu z zanikającego stawu, co jest już od dekady obiecywane
okolicznym mieszkańcom z okazji każdych wyborów, ale nigdy
tej obietnicy nie dotrzymano.
Konieczna
jest odbudowa całego założenia parkowego tej okolicy,
nasadzenia nowych drzew wraz z odtworzeniem ciągu winnic na
zboczach Doliny Luizy. Podobnie jest z Parkiem Poetów,
skutecznie „podcinanym” przez rozbudowujący się Uniwersytet
Zielonogórski. Tymczasem władze miasta cały ten temat
zbywają wielce wymownym milczeniem, które można odczytać na
jeden tylko sposób: nie chce się. Czy winą za niepowodzenia
i upadek społeczno-gospodarczy zielonogórskich miejsc
wypoczynku i rozrywki należy obarczyć władze miasta, które
temat ten, mówiąc delikatnie, wolą zapomnieć? Miejmy
nadzieję, że nie zapomną go rozgoryczeni postępującym
upadkiem najznamienitszych miejsc miasta wyborcy.
|