| |

Władze bez ambicji?
Adam Fularz
Jakie jest miasto, w jakim chcielibyśmy
mieszkać? Miłe, ciche, spokoje, bezpieczne, bogate?
Zachwycające piękną architekturą, kuszące parkami pełnymi
pachnących kwiatów, przyciągające interesującą ofertę
kulturalną? Każdy szanujący się zielonogórzanin nieco
podróżował i wie, że nasze miasto do pięknych nie należy. Co
więcej, prawie każdy z nas nosi w swym sercu ideał miasta,
w którym chciałby mieszkać. Winny Gród często tym wymarzonym
miastem nie jest, choć bez specjalnego trudu mógłby się
przeobrazić w tętniącą życiem normalną aglomerację średniej
wielkości, jakich wiele w Europie. Tandem Zielona Góra- Nowa
Sól- Sulechów (Trójmiasto Lubuskie) liczy wszak 179 701
mieszkańców, co jest już wielkością znaczącą. Dlaczego więc
nie starać się rozwinąć i zyskać nieco atrybutów normalnego
miasta średniej wielkości, liczącego się w tym regionie?
Tak blisko, ale jakże daleko
Do Zielonej Góry jest trudno dojechać z
Europy, a mityczne "Panaceum na Fszystko", czyli autostrady,
mimo że coraz bardziej realne, są wciąż w sferze planów.
Zamiast jednak zrzucać wszystko na brak nowej
infrastruktury, można przecież wykorzystać to co jest
niewykorzystane obecnie, a mamy tego niemało. Priorytetem
władz miasta powinno być jak najszybsze przywrócenie do
ruchu portu lotniczego w Babimoście, pozwalającego ludziom
interesu na szybki dojazd do naszego regionu. Władze miasta,
powiatu i województwa winny się zaangażować kapitałowo w
spółkę zarządzającą tym portem, podobnie jak to ze swoimi
lotniskami uczyniły samorządy innych polskich miast i
województwa już dekadę temu, albo też doprowadzić do
szybkiej prywatyzacji tego portu.
Drugim priorytetem władz winno się stać
przywrócenie bezpośredniego połączenia kolejowego z odległą
o 150 km 4-milionową aglomeracją Berlina, które PKP zamknęło
kilka lat temu. Aglomeracja Berlina, z powodu braku miejsca
dla terenochłonnej motoryzacji indywidualnej i całkowitego
zakorkowania miasta w godzinach szczytu, opiera się w
większości na komunikacji zbiorowej, którą jednak jest
bardzo trudno wykorzystać w relacji do Winnego Grodu, bowiem
taka podróż wymaga aż 5 - 7 godzin (zamiast 2, jak przed II
wojną), i jest wzbogacona o trzy albo cztery przesiadki. Nie
da się dojechać do nas bez skorzystania z odpychającego
standardu usług PKP, co z pewnością skutecznie zraża wielu
inwestorów, którzy doleciawszy do Berlina samolotem, podróż
do Zielonej Góry chcieliby kontynuować wygodną i popularną
na Zachodzie koleją, a nie ostrzeżono ich o tym, że z oferty
PKP lepiej nie korzystać.
Kolej mogłaby stanowić także wymarzony
środek transportu dla turystów, którzy, zwiedziwszy Berlin,
chcieliby poznać nieco pobliską Polskę i złożyć naszemu
krajowi krótką wizytę. Mimo że Zielona Góra jest bez
wątpienia pierwszym ciekawym turystycznie dużym polskim
miastem blisko Berlina, to dostanie się do niej transportem
zbiorowym graniczy z cudem. Mało który turysta wie bowiem,
że aby szybko dotrzeć do Zielonej Góry, musi we Frankfurcie
nad Odrą wysiąść z kursujących co 30 minut pociągów
regionalnych i przejść na kilka km piechotę przez granicę,
gdzie dopiero znajdzie dworzec autobusowy z kilkoma dziennie
połączeniami do Zielonej Góry, co jest jednak tak
długotrwałe, że jednodniowy „wypad do Polski” nie jest
wykonalny.
A co z aglomeracją?
Jednak najważniejsza jest poprawa
połączeń wewnątrz aglomeracji. Zielona Góra ma zdecydowanie
najgorszą ofertę komunikacji miejskiej w całym regionie.
Całkowicie brak jest linii nocnych (w Gorzowie autobusy
nocne obsługują 5 relacji), a linie dzienne kursują zbyt
rzadko. W Zielonej Górze tylko jedna linia kursuje w ciągu
dnia co 10 minut, podczas gdy Gorzów posiada 10 linii
kursujących w stałych interwałach co 10, 15 lub 20 minut.
Komunikacja zbiorowa przewozi tam dziennie 100 tys. osób,
podczas gdy w Zielonej Górze korzysta z niej jedynie 60 tys.
(i jeszcze nastąpił spadek o 18 tys. w ciągu ostatnich 3
lat).
Trudno wytłumaczyć bierność władz wobec
niedostatecznej oferty połączeń w relacji Zielona Góra- Nowa
Sól. Jest w zasadzie wszystko co trzeba, by uruchomić tu
komunikację aglomeracyjną. Licencjonowanym przewoźnikiem
kolejowym jest od niedawna PKS Zielona Góra, autobusy
szynowe są własnością samorządu województwa, a w Zielonej
Górze jakimś cudem przetrwała dogodnie przebiegająca linia
przedwojennej kolei podmiejskiej. Aby to wszystko połączyć i
uruchomić, trzeba nie wielkich pieniędzy, ale przede
wszystkim wielkich chęci, bowiem trudno jest wymigać się
brakiem czegokolwiek za wyjątkiem know-how. Lina
szybkiego tramwaju w relacji Nowa Sól- Zielona Góra Dworzec-
os. Łużyckie- ul. Jaskółcza, wykorzystująca istniejące tory
kolejowe z pewnością cieszyłaby się ogromną popularnością
mieszkańców obu miast, skutecznie łącząc aglomerację w jedną
całość.
W Gorzowie da się: właśnie z pomocą
zakupionych przez władze województwa autobusów szynowych
uruchomiono komunikację podmiejską do Międzyrzecza. Ponadto
miasto ma 3 linie tramwajowe, a długość sieci szynowej
utrzymywanej przez władze miasta wynosi kilkanaście km.
Tymczasem, w odróżnieniu do władz Gorzowa, władze Zielonej
Góry na istniejące na terenie miasta pozostałości
przedwojennej komunikacji szynowej patrzą z podejrzliwością
i zdziwieniem, jak gdyby nie rozumiejąc do czego służą tory,
które przedwojenny prywatny przewoźnik ongiś ogromnymi
nakładami niemal bezkolizyjnie przeprowadził przez
największe zielonogórskie osiedla, i jeszcze na tym zarobił,
a nowy autobus szynowy dość długo bezużytecznie stał
większość dnia na dworcu.
Kultura kawałka dykty
Teatr w Zielonej Górze zbudowano niemal
80 lat temu, i był on wówczas wystarczający na potrzeby
26-tysięcznego miasta. Mimo że miasto rozrosło się
kilkakrotnie, zaniedbana infrastruktura kulturalna pozostała
taka sama i dziś nie mieści ona wszystkich chętnych na co
lepsze spektakle. Zielonogórski teatr nie może grać bardziej
kosztownych sztuk (z bardziej rozchwytywanymi aktorami)
ponieważ po prostu jest za mały.
Konieczne są znaczne zmiany
organizacyjne w zielonogórskiej kulturze. Wzorem miast
zachodnioeuropejskich, powinien powstać holding zarządzający
miejską kulturą, w którym udziały powinien samorząd
wojewódzki: obecny posiadacz filharmonii i teatru, oraz
miasto, dotychczas w ogóle nie zaangażowane w rozwój
wysokiej kultury i zupełnie nic nie organizujące. Trudno się
więc dziwić, z jakiego powodu w Zielonej Górze dzieje się
tak mało.
Przykładem udanych działań na polu
kulturalnym powinien być Frankfurt nad Odrą, gdzie działa
jeden, działający na komercyjnych zasadach, zarząd
wszystkich instytucji kulturalnych w mieście. Rozdzielono
zarządzanie infrastrukturą kulturalną od działalności
artystycznej, wobec czego Sala Koncertowa im. Bacha jest
odrębną organizacyjnie jednostką od miejscowej orkiestry
symfonicznej. Analiza jej oferty kulturalnej pokazuje, że
oprócz miejscowej Brandenburskiej Orkiestry Symfonicznej
grywa tam bardzo wielu muzyków-solistów oraz obce orkiestry.
Zamknięto położony na przedmieściach
teatr miejski i zamiast niego w centrum miasta wzniesiono od
podstaw Kleist Forum: gigantyczne centrum
widowiskowo-konferencyjne, którego budowa pochłonęła 35 mln
euro, z czego połowa pochodziła z funduszy europejskich.
Dziś gra się tam również opery (aktualnie „Don
Giovanniego”), bowiem nowa scena jest do tego znakomicie
dostosowana, a chętnych na wysublimowaną rozrywkę jest
wystarczająco wielu. Zlikwidowano utrzymywany z państwowych
pieniędzy stały zespół teatralny, przeznaczając całe środki
na wykup przedstawień od niezależnych grup teatralnych oraz
przedstawień wyjazdowych innych teatrów. Ponadto w mieście
powstały dwa inne teatry prywatne, które znakomicie
zapełniły lukę po stałym zespole teatralnym.
A może opera?
Tak samo mogłoby być w Zielonej Górze,
lecz dopiero po zbudowaniu nowej sali teatralnej
dostosowanej do wystawiania nawet dużych oper. W Zielonej
Górze na operę „Nabucco” wystawioną w październiku 2003-go
roku w kościele pw. Św. Ducha przez objazdowy zespół „Opery
Piastowskiej” Marka Tracza, przyszło 800 osób, a każda
zapłaciła 40 złotych. W zasadzie tłumy, co pokazuje że
zielonogórzanie są raczej spragnieni kultury wysokiej. Także
na ostatniej operetce „Riemannoper” Toma Johnsona z Teatru
Państwowego w Cottbus, granej w Teatrze Lubuskim był
komplet. Stało to się mimo że spektakl był w jęz. niemieckim
i brak było ekranu do wyświetlania tłumaczenia tekstu na
jęz. polski.
Niestety, jedyną salę koncertową
powstałą ostatnio w Zielonej Górze do takiej funkcji nie
dostosowano, mimo iż byłoby to możliwe. Lokalny teatr w
Zielonej Górze jest natomiast na poziomie paździerzowych
płyt z odręcznie namalowanym programem stojących na deptaku
przed wejściem do tego przybytku muz, co świadczy raczej o
jego niewielkiej skali. Trudno się zresztą temu dziwić, bo
zapełnienie tak niewielkiej sali nie jest trudne, wobec
czego wystarczy zupełnie minimalna reklama. Pytanie tylko,
czy egzystencja zielonogórskiego teatru w jego obecnym
kształcie i skali nie jest raczej egzystencją atrapy
instytucji kulturalnej z prawdziwego zdarzenia?
Diabeł tkwi w szczegółach
W Zielonej Górze brak jest też typowo
miejskich parków. Zielonogórzanie nie posiadają
reprezentacyjnych terenów spacerowych porównywalnych z
Plantami czy Błoniami w innych miastach. Brak jest ogrodu
zoologicznego, nie ma też ogrodu botanicznego, mimo że
wszystkie te instytucje ongiś istniały: minizoo istniało
ongiś przy ul. Wyspiańskiego, natomiast ogród botaniczny
znajdował się przy ul.Botanicznej. Jednak w Gorzowie już
jest normalnie: istnieje ogród dendrologiczny oraz działa
prywatne zoo-safari w podmiejskim Świerkocinie. Identycznie
jest też we Frankfurcie nad Odrą: działa tam miejski ogród
botaniczny oraz prywatne zoo. Czyli można.
Miejski ogród botaniczny powinien
powstać na terenach wokół rozbudowywanej Palmiarni, tworząc
wraz z nią jedną całość botaniczną. Dolina Luizy,
rozciągająca się od ul. Szwajcarskiej do ul. Batorego,
powinna na powrót stać się terenem wypoczynkowym dla
mieszkańców miasta, tak jak była nim przed wojną. Były tam i
restauracja nad sztucznym stawem (Wagmostaw), i aż trzy
baseny (wszystkie są wybetonowane i mogłyby zostać
przekształcone w nowoczesne, choć małe obiekty, jednak stoją
puste, podczas gdy mieszkańcy miasta nie mają gdzie się
kąpać). Działało tam nawet kąpielisko w wodzie jedynej
przepływającej przez miasto niezatrutej rzeczki, ongiś
ładnie spiętrzonej. Niestety, mimo że pomysł wykorzystania
Doliny Luizy nie jest nowy, władze miasta nie zrobiły
dotychczas nic w tym kierunku.
Miasto powinno też znaleźć inwestora,
który stworzyłby prywatne minizoo na jakimś dogodnie
położonym fragmencie miejskiego lasu, oraz starać się
odtworzyć przynajmniej taki stan zieleni miejskiej, jaki
istniał przed wojną.
Pocztówka z kryzysu
Szokiem dla przyjezdnego z Europy, dla
którego nasze miasto jest często pierwszym dużym ośrodkiem
po przekroczeniu Odry i Nysy, jest architektura miasta. Być
może panuje jakaś powszechna znieczulica, ale wygląd głównej
ulicy miasta świadczy raczej o bolesnej przeszłości
ekonomicznej, i spełnia zupełnie przeciwne reprezentacyjnym
cele. Większość budynków na ul. Bohaterów Westerplatte jest
tak odrażająca, że powinna być wyburzona natychmiast. Z
pewnością najbardziej ohydnym budynkiem miasta jest budynek
Poczty Głównej, wybudowany w apogeum kryzysu. W Gorzowie
jakoś nowoczesny budynek poczty głównej jest ozdobą, podczas
gdy w Zielonej Górze jest on ohydą. Koszmarne
architektonicznie Domy Handlowe Topaz i Hermes także nadają
się do tylko do wyburzenia. Dom Towarowy Centrum, będący
ongiś chlubą miasta, dziś jest tylko poobklejanym i
wstydliwym balastem o estetyce godnej azjatyckiego bazaru.
Mógłby wrócić do dawnej świetności, ale jak widać, tańsze
jest zbudowanie naprzeciw niego od podstaw nowej galerii
handlowej. Zresztą także w Gorzowie powstają nowe i bardzo
estetyczne galerie handlowe, ale co ciekawe, są budowane
przez zielonogórskie firmy, które najwyraźniej u nas na
miejscu nie mają gdzie ich wybudować.
Przejażdżka główną ulicą miasta
związana z przejazdem np. przez plac Przy Gazowni, jest
wycieczką w mało pasjonujący świat schyłku kryzysu.
Przedwojenne czasy, gdy był to wysadzany drzewami trakt
spacerowy, już dawno minęły, choć może powinny powrócić w
nowoczesnym wydaniu śródmiejskiego pasażu? Być może obecny
wygląd „reprezentacyjnej„ ul. Boh. Westerplatte władze
miasta traktują to jako egzotykę mającą przyciągnąć
zagranicznych turystów. Niestety, turyści nie znają się na
architekturze i estetyce, i faktem jest że Zieloną Górę i
jej walory estetyczne kompletnie lekceważą. A może to
właśnie władze miasta lekceważą turystów, skutecznie
odpychając ich wyglądem głównej ulicy? Być może jest to
także wyraz lekceważenia okazywany mieszkańców miasta? Albo
dowód na niekompetencję zbyt mało ambitnego i kompletnie
niezdecydowanego architekta miejskiego, który nawet nie
potrafi doprowadzić do zburzenia psujących obraz miasta
paskudnych maszkar?
Do roboty!
Patrząc na miejską infrastrukturę, to
jest z nią gorzej niż przed wojną, kiedy miasto liczyło
5-ciokrotnie mniej mieszkańców niż dziś. Wówczas działały i
liczne parki, i ogród botaniczny, i kolejka podmiejska
przebiegająca na wiaduktach przez osiedla, a miasto miało
nawet o jedną salę koncertową więcej niż dziś. Lata
komunizmu wszystkie te „burżuazyjne” udziwnienia zredukowały
do zera, pozostawiając betonową pustynię, pożółkłe fotogramy
dla wspomnień i prowincjonalną rzeczywistość dla
codziennego życia.
Jeśli jednak Zielona Góra chce coś
znaczyć na mapie kraju i Europy, wypadałoby nieco inaczej
spojrzeć na listę braków naszego miasta. Pora raczej zakasać
rękawy i zabrać się do roboty niż przypatrywać się
wszystkiemu ze zdziwieniem i zaskoczeniem, które przebija w
niemrawych działaniach naszych władz, jakby nieświadomych
tego, że jeśli sąsiednie miasta coś mają, to tylko dlatego,
iż dawno temu zabrały się twardo do roboty. Chyba że chcemy
zostać prowincjonalną dziurą: wówczas najlepiej tandety nie
zmieniać.
|
|