| |
Stąd się ucieka byle
szybciej. Zielona Góra- miasto skazane na
kulturalny upadek?
Adam Fularz
Fot.
Adam
Powrót z zagranicy do Zielonej Góry wciąż jest
powrotem do miasta które zaskakuje stagnacją.
Zmian na lepsze widać niewiele nawet po roku-
ot, tu nowe tablice informacyjne i drogowskazy
dla turystów, tam powstaje jakiś nowy budynek.
Ktoś przyzwyczajony do eksplozji
przedsiębiorczości w miastach zachodniej Europy
tutaj trafia w ocean marazmu. Czemu? Wystarczy
choćby spojrzeć na strukturę rynku
nieruchomości. Ona w Zielonej Górze jest
diametralnie inna niż w tych miastach które już
wizualnie wydają się tętnić życiem.
Najlepiej usytuowane nieruchomości w mieście są
w Zielonej Górze własnością państwową,
komunalną, albo należą do wspólnot
mieszkaniowych. Zwykle nie są prywatne, wobec
czego najemcy nie są skłonni inwestować w nie by
maksymalnie zwiększyć zyski jakie te
nieruchomości przynoszą. Prywatne nieruchomości
w centrum miasta możnaby niemal policzyć na
palcach. Na al. Niepodległości, głównej,
"deptakowej" ulicy miasta, wciąż dominują różne
instytucje, a nie sklepy i lokale.
Z tego powodu miasto przymiera- mało jest knajp,
barów, pubów, restauracji. Konserwatywni
politycy rządzący miastem skazali jego centrum
na tzw. social housing- tanie zasoby
mieszkaniowe dla mniej zaradnych w
rzeczywistości gospodarczej. Oznacza to powolne
wymieranie tej części miasta, pozbawionej
napływu inwestycji sektora prywatnego, bo nie
jest w stanie ich przyciągnąć nieruchomość
komunalna.
Już dziś centrum Zielonej Góry oferuje mniej
atrakcyjne sklepy niż centra handlowe lub
galerie handlowe, i dysproporcje te będą się
jeszcze powiększać. Sytuację uratować może
jedynie konsekwentna wyprzedaż komunalnych
„sreber rodowych”, tych nieruchomości
przynoszących miastu stały zysk, ale przecież
rabunkowo eksploatowanych. Tyle że na to nigdy
nie pójdą konserwatywni politycy, niejako ex
definitione obawiający się takich zmian.
Centrum Zielonej Góry skazane jest na rolę
nudnego, nieciekawego deptaka z nielicznymi,
nieatrakcyjnymi sklepami, deptaka zupełnie
niepodobnego do tętniących życiem pasaży
handlowych w innych miastach Europy czy Polski.
Tamte się rozwinęły dzięki inwestycjom sektora
prywatnego, zielonogórski natomiast był w
większości własnością komunalną i dziś
przedstawia raczej nieatrakcyjny wygląd,
goszcząc jakby sklepy z innej epoki. Ów skansen,
choć mało wyraźny dla przyzwyczajonych do niego
mieszkańców miasta, jest jednak czymś szokującym
dla przybyłych z zagranicy. Upadek centrum
naszego miasta, dziś już coraz bardziej
widoczny, ma wiele przyczyn, lecz jedną z nich
jest bez wątpienia struktura własnościowa
nieruchomości które go tworzą.
Była co prawda mowa o tym, ze miasto powinno
zliberalizować ograniczenia w działalności knajp
i barów na starówce. Miasto bowiem nałożyło
obostrzenia, tak by zapewnić ciszę nocną w tym
rejonie. Moim zdaniem przesadzono, ponieważ
starówka zielonogórska w porównaniu z innymi
dużymi miastami (np. Rzeszowem) wymarła niemal
całkowicie. Dwa puby na rynku, wszystkie
głośniejsze kluby (Brooklyn, Kawon) są ulokowane
poza centrum miasta. Centrum w Zielonej Górze to
wręcz umieralnia w porównaniu z innymi miastami.
Planowano zafundować lokatorom nieżyczącym sobie
hałasów w nocy przeprowadzkę do innych osiedli.
Wówczas w centrum pozostaliby ci, dla których
hałas imprez i nocnego życia nie stanowi
problemu. Mieszkaliby tu głównie studenci,
artyści, ludzie młodzi, sami tez się bawiący.
Podobnie jest w Poznaniu czy we Wrocławiu.
Niestety- z planów nic nie wyszło. Dyskutować
można do skończenia świata, zabrać się za to
nikt nie zabrał, bojąc się negatywnego
elektoratu i rozzłoszczonych mieszkańców.
W piątkowy wieczór spacerujemy po centrum
Wrocławia, a w następny wieczór- po centrum
Zielonej Góry. Co obserwujemy? Na rynku we
Wrocławiu jest głośno, gwarnie, tłumy ludzi
szwargoczą przy kawiarnianych stolikach do
późnej nocy. Wrocław jest 5-krotnie większy od
Zielonej Góry, a od lubuskiego Trójmiasta-
większy zaledwie 3 razy. Ale żeby w Zielonej
Górze działa się chociaż jedna trzecia tego co
we Wrocławiu. Ależ gdzie tam. Zielona Góra
upadła, i upadła ponieważ jest źle zarządzana.
W ciągu ostatnich kilku lat straciłem wszystkich
młodszych wiekiem przyjaciół- co do jednego
wynieśli się z tego nie dającego żadnych
perspektyw miasta. Ostatni z moich przyjaciół
wyjechał kilka tygodni temu. Jeśli spotykam
jakieś bardziej rozsądne młode osoby, to z
reguły mieszkają już poza Zieloną Górą i
zjeżdżają do rodzinnego miasta na święta. To one
zaludniają puby i bary w bożonarodzeniowe czy
nawet wigilijne wieczory, kiedy to ci emigranci
spotykają się ze znajomymi z lat młodości.
Dlaczego w Zielonej Górze nie da się już
mieszkać? Dla przykładu sobotni październikowy
wieczór: poza czymś nudnym w filharmonii i
mającym miejsce w salonie fryzjerskim wernisażem
artysty mającego wyuzdane seksualne fantazje,
którym daje upust w swojej sztuce, nie dzieje
się nic, ani mainstreamowego, ani offowego. Jest
to wieczór sobotni, a co dopiero wieczory w
tygodniu. Zielona Góra upadła kulturalnie, i
jeśli ktoś nie chce być poza współczesną polską
kultura i cywilizacją, to to miasto jest mu na
rękę. Ale jest ono tragedią dla młodych ludzi.
Stąd się ucieka byle szybciej.
Najgorzej jest, że z uwagi na fatalne połączenia
transportem zbiorowym z Zielonej Góry do innych
dużych miast regionu nie można wygodnie dojechać
i wrócić. Kursuje nie tylko niezwykle mało
pociągów, ale i ich prędkość, wynosząca 30- 40
km/h na głównych liniach woj. Lubuskiego, jest
dwu, trzykrotnie mniejsza niż np. na liniach
kolejowych wokół np. Opola czy Tarnowa. Główne
linie prowadzące do Zielonej Góry są
zdewastowane, od lat nienaprawiane. Podróż do
Poznania czy Wrocławia zajmuje z Zielonej Góry
dwu- albo i trzykrotnie dłużej niż podróż tego
samego dystansu gdziekolwiek indziej w Polsce. Z
Zielonej Góry jeśli już wyjeżdżać, to najlepiej
na stałe.
|
|