|

W
królestwie walca, polki, kotylionów i gobelinów
Adam Fularz
Ostatnio miałem
przyjemność odwiedzić pewną uroczystość w nowej sali
Filharmonii Zielonogórskiej. Moja krótka wizyta w tym
przybytku muz dała mi wiele do myślenia…Była to moja
pierwsza wizyta w tym miejscu, i zapewne ostatnia, bowiem
jakoś nie pałam chęcią do kolejnych odwiedzin tego miejsca.
Lubię ten rodzaj muzyki i odwiedzam od czasu do czasu
koncerty w różnych miastach, jednak w naszej zielonogórskiej
filharmonii nie mogłem wysiedzieć na miejscu do końca
koncertu. Co jest tego przyczyną?
Władze Filharmonii mają
ogromne zdolności managerskie i niezwykły dryg do rozbudowy
tej instytucji, co jest nielada wyczynem w ciężkich
gospodarczo czasach. Budowla jest znakomicie utrzymana, i
niedługo zostanie ukończona nowa sala koncertowa. Pytanie
tylko, co w niej usłyszymy. Bo ja usłyszałem repertuar,
który mnie zniechęcił, znudził i odepchnął. Nie sądziłem, że
jest aż tak źle. Czy należy za to winić władze filharmonii,
które świetnie się sprawdzają w rozbudowie przybytku,
natomiast nie potrafią do niego przyciągnąć publiczności?
Akcja sponsorowania
foteli do nowej sali koncertowej spowodowała przyciągnięcie
wielu osób do filharmonii, ale one prawdopodobnie już tam
nie wrócą. Bo nie wraca się do królestwa kotylionów i
baloników rodem ze szkolnej auli, gobelinów na ścianach oraz
polek i walców w repertuarze. W takich nieatrakcyjnych
miejscach po prostu się nie bywa, i nie jest to kwestia
tylko gustu do muzyki. Więc czego?
Wielokrotnie słyszałem
już przeboje muzyki klasycznej ostatnich dwóch dekad w
wykonaniu orkiestry pod batutą młodych dyrygentów. W kilkoro
muzyków początkujący wyjadacze skrzypiec i wiolonczeli
pokazali, że muzyka klasyczna fascynuje, oczarowywuje i
porywa słuchaczy w inny świat. Młodym muzykom udało się
słuchacza oczarować i świetną aranżacją, i wyśmienitym
repertuarem. We wspomianej filharmonii natomiast udało się
mnie znudzić staromodnym walcem, i w moim odczuciu nikt
nawet nie starał się przyciągnąć słuchacza czymś modnym,
nowym, interesującym i nieodkrytym.
Nie poczuwam się do
roli konesera muzyki, lecz lubię posłuchać tych utworów,
które mi się spodobały i zwróciły moją uwagę. Zauważyłem
też, że podobne gusty kierują doborem repertuaru w
filharmoniach innych miast. Więc może istnieje jakiś
porządek, który decyduje o popularności tych instytucji w
innych miastach? Może one starają się lepiej wpasować w
gusta potencjalnych bywalców?
W Polsce są orkiestry,
które są na topie i przyciągają słuchaczy swoją ofertą. W
Tychach działa orkiestra AUKSO pod dyrekcją Marka Mosia,
która gra nieco ambitniejszą i nowocześniejszą muzykę
klasyczną- Góreckiego, Bartóka, Brittena. Również
Filharmonia Narodowa w Warszawie gra Pendereckiego,
Lutosławskiego, a nawet awangardowego Nymana!
Wydaje się, że swoją
powinność władze filharmonii widzą jako granie dla grania,
bez konieczności dopasowywania się do potrzeb publiczności.
Koncerty symfoniczne mają miejsce niezwykle rzadko, a utwory
nie są dobrane na poziomie takim, jakiego oczekiwałem i w
mojej ocenie nie to grywa się w filharmoniach, by
zainteresować melomanów. Byłem, eufemicznie ujmując,
negatywnie zaskoczony tym, co usłyszałem i było mi przykro,
że wysiłki muzyków zmusiły mnie do wymknięcia się chyłkiem w
przerwie.
Proponowałbym jednak
ten stan rzeczy odmienić. Może władze filharmonii poszukają
młodych i zdolnych dyrygentów? Przecież nawet na
zielonogórskiej alma mater jest taki kierunek studiów. W
wielu krajach europejskich normą są konkursy na takie
stanowiska, a władze w interesie ogółu starają się wybrać
najlepszą możliwą kandydaturę. Kiedy odbył się w Zielonej
Górze ostatni konkurs na obsadę tego stanowiska? Przecież
manager, który kieruje filharmonią, nie musi być
jednocześnie jej dyrygentem i często tych stanowisk się nie
łączy. Opery także mają managerów i dyrektorów
artystycznych, a łączenie tych stanowisk jest w oczach
ekonomisty co najmniej dziwne, bo wymagają przecież dość
odmiennych umiejętności, wykształcenia i zdolności.
A może nie jest to wina
łączenia stanowisk, lecz braku środków finansowych? Zgadza
się, kultura wysoka kosztuje, i trzeba o wiele większego
zaangażowania muzyków by doprowadzić orkiestrę na wysoki
poziom. Zakładam, że utwory wymienionych przeze mnie
kompozytorów są dość trudne do opanowania. Dobrym muzykom za
grę należy słono zapłacić, honoraria mogą dochodzić do kilku
tys. PLN miesięcznie. Oznacza to że cała przyjemność
posiadania filharmonii klasą pokosztuje podatnika jakieś
dodatkowe 1,5 mln rocznie, jeśliby policzyć honoraria dla
muzyków. Wówczas jest poziom i jest klasa, ale to słono
kosztuje. Dobrzy muzycy za niskie stawki zagrać nie chcą.
Bez tego mamy za to orkiestrę, która mogłaby grać w szkolnej
auli wśród kotylionów i gobelinów. Pytanie tylko, czy to
jeszcze jest filharmonia.
Żal mi patrzeć na
upadek kultury w stolicy województwa. Być może ta nasza
filharmonia jest tworem ponad siły, i istnieje tylko po to,
że miastu tej wielkości wypada taką instytucję posiadać (ma
ją ponadto 20 innych miast w Polsce). Dopiero po powrocie z
tego przybytku muzyki uświadomiłem sobie, że tak naprawdę
stan zielonogórskiej filharmonii tragicznie źle świadczy o
elitach władz urzędujących w Zielonej Górze, do których
jakoś z miejsca straciłem szacunek po obejrzeniu dowodu
kulturalnego zacofania. Przecież one nawet tego rodzaju
kultury nie potrzebują, nie widzą jego możliwości i tolerują
jego kryzys i postępujący upadek, mimo że ich zadaniem jest
dbałość o rozwój kultury i poprawę statusu miasta w wyścigu
po inwestorów, którzy także są z reguły kulturalnymi ludźmi
i muzyką się interesują.
Jeśli władze chcą
tworzyć pseudofilharmonię, której rolą jest tylko
pozorowanie działalności, to lepiej może przyznać się do
tego, że 180-tysięcznej aglomeracji (Zielona
Góra-Sulechów-Nowa Sól) nie stać na należyte utrzymanie
jedynego miejsca kultury wysokiej. Może należy sprowadzać
orkiestry z innych miast, co i tak jest już mocno rozwiniętą
praktyką władz filharmonii? Może po prostu nie potrafimy
sobie zorganizować rozrywki na poziomie, więc pozwólmy by
zrobili to za nas inni?
Mam prośbę do władz
filmarmonii. Gdyby któryś z gobelinów się przypadkowo
rozpruł, to proszę z niego zrobić wielką pajęczynę i
rozwiesić ją w rogu tej nowej sali. Można tam także umieścić
także pająka z kolorowego papieru. Niech to symbolizuje
popularność i nowoczesność naszego przybytku muzyki i niech
będzie symbolem pamięci o tych, którzy w filharmonii nie
bywają, ponieważ nie interesują się gobelinami, tangami,
walcami ani balonikami, i bynajmniej nie z tego powodu, że
są niekulturalni.
Być może koniec
filharmonii w Zielonej Górze nastąpi wówczas, gdy zabraknie
chętnych tego gatunku sztuki. Patrząc na obecne, coraz
rzadsze koncerty, wydaje mi się że likwidacja
zielonogórskiej orkiestry jest możliwa i będzie tylko
dowodem prowincjonalności elit umysłowych i marginalizacji
miasta. Jeśli obecny stan już nie jest tego wystarczającym
dowodem.
|