|

Odlecieć z krainy
marazmu
Adam Fularz
Od dawna trwa niemrawa
dyskusja nad przyszłością lubuskiego lotniska. Wiele się
jednak mówi, a mało co robi. Mamy lotnisko, ale zostało ono
tak zaniedbane, że praktycznie upadło i nie oferuje żadnych
rejsowych lotów. Co mają powiedzieć inne miasta, które
lotnisk nie mają? Otóż one dwoją się i troją, by lotniska
powstały i w tamtych miastach. Ostatnio plany budowy portów
lotniczych skonkretyzowały się i w budowie lub planowaniu są
takie porty jak Białystok -Krywany, Lublin-Niedźwiada,
Toruń, Suwałki, Kielce, Radom-Masłów, Olsztyn etc. Wydaje
się, że nie doceniamy tego co mamy- portu lotniczego, który
stoi bezużyteczny już od ponad pół roku, a plany jego
ożywienia i tak przewidują połączenie w jednej tylko
relacji.
Patrząc na rozpaczliwe
wysiłki innych miast portu lotniczego nie posiadających,
wydaje się że my nawet nie potrafimy należycie zadbać o to
co mamy. Za upadek tutejszego portu wini się np. jego
położenie geograficzne, i znaczną odległość od centrum
miasta (34 km). Jednak jest on odległy od miasta o zaledwie
20 minut podróży samochodem po drogach wyjątkowo dobrej jak
na polskie warunki jakości, a po otwarciu południowej
obwodnicy Sulechowa czas przejazdu skróci się jeszcze
bardziej. Mało kto zauważa, że w Polsce czas przejazdu do
portu lotniczego wynoszący 20 minut jest w zasadzie minimum,
a wiele portów lotniczych usytuowanych jest w dużo dalszej
odległości od centów miast. Przykładem mogą być
Katowice-Pyrzowice, usytuowane o ponad godzinę drogi od
Katowic, czy Szczecin-Goleniów, również jeszcze bardziej
odległy od centrum Szczecina.
A może brak jest
potencjalnych klientów? Kluczowym kryterium oceny
rentowności lotniska jest obszar oddziaływania. Jest to
uznawane jako światowy standard w ocenie potencjalnego rynku
pasażerskiego dla linii lotniczych korzystających z
określonego lotniska. Krakowskie Balice obejmują obszarem
swego bezpośredniego oddziaływania 7,9 mln mieszkańców w
promieniu 100 km od portu, czyli czas dojazdu wynosi ok. 90
minut od lotniska. Dla porównania analogiczne obszary
oddziaływania dla lotnisk polskich obejmują: Warszawa - 6,4
mln, Poznań - 4,2 mln, Gdańsk - 3,0 mln, Rzeszów - 2,6 mln,
Szczecin - 1,4 mln mieszkańców. Obszar oddziaływania portu
Zielona Góra-Babimost jest szacowany na pomiędzy 3,0 a 3,5
mln mieszkańców- sama Ziemia Lubuska ma 1 mln mieszkańców,
do tego dochodzi Poznań (680 tys.) z aglomeracją oraz
zachodnia WIelkopolska. Liczba potencjalnych klientów wydaje
się więc być w normie.
Ponadto panuje
przekonanie co do niskiej siły nabywczej mieszkańców
Zielonej Góry, których nie będzie stać na podróż lotniczą.
Nawet jeśli te obawy są uzasadnione, to przecież port
lotniczy graniczy z podobno bardziej zamożną Wielkopolską.
Port dzieli dystans tylko ok. 60- 70 km od Gorzowa i Leszna,
oraz 90 km od Poznania, do którego dotrzeć można wygodną
autostradą. Trudno chybaby było wymarzyć sobie lepsze
położenie w tym regionie. Wydaje się nawet, że gdyby port
znajdował się bliżej Zielonej Góry, to miałby gorsze szanse
rozwojowe niż znajdując się przy granicy zamożnej
Wielkopolski.
Dodatkowym stereotypem
obciążającym tutejszy port lotniczy jest zamknięcie
przewozów pasażerskich do Warszawy. Połączenie do Warszawy
zostało zawieszone, wierząc słowom krytyków, z powodu
znacznego wydłużenia czasu przelotu spowodowanego
międzylądowaniem w Poznaniu. Wówczas samolot stał się mniej
konkurencyjny z koleją.
Ponadto dziwne jest by
istnienie portu lotniczego opierano tylko na jednym
połączeniu- do Warszawy. Wydaje się, że polska gospodarka
wyrosła już z ery absolutnego centralizmu, a rodacy chętnie
przemieszczają się w dużej mierze poza stolicę Polski. Dziś
przed tego typu portami otwierają się liczne nowe kierunki-
kraje UE, inne miasta Polski. Połączenie do Warszawy jest
ważną relacją, ale przecież w Europie istnieje wiele innych
hubów lotniczych- dużych portów przesiadkowych. Tutejszy
port jeśli chce zwiększyć swą rentowność, musi przyciągnąć
przewoźników oferujących inne połączenia. Przecież tanie
połączenie w relacji np. Katowice- Londyn z międzylądowaniem
w Zielonej Górze z pewnością byłoby realne ekonomicznie.
Innym ważnym elementem,
jeśli nie najważniejszym, który zadecydował o upadku portu,
była bierność zarządcza państwowego przedsiębiorstwa Polskie
Porty Lotnicze, jego zarządcy. Na 11 polskich lotnisk
regionalnych, 9 z nich jest zarządzanych przez niezależne
spółki, a tylko 2 porty pozostawiono w rękach źle
zreformowanego, nawet nie skomercjalizowanego
postkomunistycznego ex-monopolisty. Trudno to tłumaczyć
jakimiś racjonalnymi przesłankami gospodarczymi, może poza
niechęcią władz w tych 2 nielicznych przypadkach do zajęcia
się problemem rozwoju portu i powołania oddzielnej spółki do
zarządzania nim.
Wydaje się że port w
Babimoście ma szansę zaistnieć jako regionalny port lotniczy
dla zachodniej części Wielkopolski oraz całej Ziemi
Lubuskiej. Nazwa takiego portu ma ogromne znaczenie
marketingowe, a podstawowym krokiem marketingowym stosowanym
przy reaktywacji danego portu lotniczego i przystosowania go
do nowej roli- przyjmowania samolotów tanich przewoźników-
jest zmiana nazwy portu na najbliższą większą aglomerację w
regionie, by przyciągnąć pasażerów do niej się kierujących.
W wypadku Babimostu nowa, „marketingowa” nazwa portu
musiałby brzmieć Poznań/Zielona Góra.
Sztuczka polegająca na
przybraniu nazwy większej aglomeracji zwykle ożywiała wiele
prowincjonalnych lotnisk o przedtem nieatrakcyjnych nazwach.
Przykładami mogą być: podparyskie Beauvais, dziś
przemianowane na lepiej brzmiące Paryż-Beauvais (100 km),
albo Bruksela- Charleroi (w Charleroi, 60 km od Brukseli).
Jeden z 10 największych portów RFN, Frankfurt-Hahn od
właściwego Frankfurtu leży w odległości aż 142 km! Tak więc
port lotniczy o nazwie „Poznań/ Zielona Góra” przyciągnąłby
z pewnością większy potok pasażerski niż port lotniczy
Zielona Góra. Wydaje się, że w tym przypadku na bok powinny
być odłożone regionalne szowinizmy i górę powinien wziąć
marketing.
Babimojski port
lotniczy podupada jednak coraz bardziej- znajduje się już na
samym końcu zestawienia z liczbą pasażerów.
Wrocław-Strachowice obsłużył 363 244 podróżnych,
Poznań-Ławica 380 676. Nawet licząc tylko po wielkości
mieszkańców obsługiwanych miast, port lotniczy w Babimoście
powinien obsługiwać około 70 000 pasażerów rocznie, ale
gdzie tam. W 2004 roku przewinęło się przez niego zaledwie
4 312 osób, co daje około 12 podróżnych dziennie! Szokuje
też mała liczba operacji lotniczych (startów i lądowań)-
wyniosła ona 936 wobec 16 405 w Poznaniu i 10 509 we
Wrocławiu. Przewozy cargo, gdzie indziej główny klient
portów lotniczych, u nas wyniosły 0 (zero) ton, mimo że w
nieodległym Berlinie sięgają one 50 tysięcy ton rocznie!
Trudno się było dziwić
małej popularności portu lotniczego: nawet do niego nie
dojeżdżał autobus miejski z Zielonej Góry! Jakoś w
Katowicach, gdzie lotnisko jest znacznie bardziej oddalone,
połączenie komunikacją miejską w tej strategicznej relacji
jest realizowane. W Zielonej Górze władze doszły jednak do
innych wniosków co do sensowności obsługiwania połączenia
autobusowego do tego miejskiego portu lotniczego, które,
jeśli obsługiwane właściwym taborem, oferowałoby podróżnym
około 30-minutowy czas przejazdu z centrum bezpośrednio na
lotnisko. Czasy, kiedy to przewoźnicy lotniczy sami musieli
się zatroszczyć o dowiezienie podróżnych na lotnisko, już
przemijają, i jeśli władze samorządowe nie chcą mieć
połączeń lotniczych, to najlepiej niech uczynią porty
lotnicze trudno dostępnymi. Wówczas na pewno nieprędko
pojawią się przewoźnicy chętni do oferowania połączeń na
takie „nieskomunikowane” lotniska.
O sensowności rozwoju
portu lotniczego w Babimoście możnaby dyskutować długo, i to
jest czynione na różnych forach dyskusyjnych w Internecie.
Nic jednak nie tłumaczy marazmu władz, które nie zrobiły
żadnych konkretnych kroków w celu ożywienia tutejszego
lotniska. Spróbować nie zaszkodzi- jeśli rewitalizacja portu
się nie uda, w co wątpię, to przecież zawsze lotnisko może
pozostać w obecnym, mało użytecznym stanie. Ale władze nawet
nie raczyły jeszcze powołać spółki mającej zarządzać tym
portem, krok który dawno uczyniły już inne miasta aktywnie
starające się o powstanie własnych portów lotniczych: Radom
i Lublin, Status taki, z jednym wyjątkiem Rzeszowa, mają
wszystkie inne działające regionalne porty lotnicze w
Polsce. Chociażby z powodu dziwnej struktury organizacyjnej,
będącej raczej niedbałą pozostałością minionego systemu
gospodarczego, trudno jest oczekiwać czegoś innego niż
upadku tego portu.
Nikt nie organizuje
żadnych spotkań, konferencji ani seminariów na temat rozwoju
tutejszego portu, a co robią miasta starające się o rozwój
tego przyszłościowego środka transportu. Brak konkretnych
działań, brak starań, brak chęci. Czy z tego marazmu wzbije
się kiedyś jeszcze jakiś rejsowy samolot poza „ważnym
politycznie” kierunkiem Warszawa, a nasz port przestanie
straszyć w statystykach, i zacznie służyć nie tylko
politykom, ale przede wszystkim zwykłym mieszkańcom?
|