|

Ekonomia dla gerontokratów
Adam Fularz
Czy ktoś dba o rozwój
zielonogórskiej gospodarki? A może „rozwój” to w naszym
wypadku słowo-atrapa, mające zwieść nie dość uważnych
obserwatorów rzeczywistości? Patrząc bowiem na to, jak dba
się rozwój gospodarczy miasta, wypada zacząć się pakować i
szukać miejsca gdzie indziej, albo rwać włosy z głowy, jeśli
zainwestowaliśmy tu zbyt wiele. Nie liczmy bowiem na
świetlaną przyszłość. Zielona Góra z pewnością będzie
miastem stagnacji i szybko stanie się shrinking city,
jeśli to, co dzieje się dotychczas, będzie trwać dalej.
Gospodarka
zachodzącego słońca
Gospodarka Zielonej
Góry jest zorientowana na zły rodzaj przemysłu. Dominują
sunset industries- branże schodzące z rynku, znajdujące
się w fazie stagnacji lub wręcz zwoju. W odróżnieniu od
Gorzowa, gdzie działa 39 podmiotów sektora wysokich
technologii (co stanowi ponad połowę liczby tych podmiotów
na terenie województwa), w Zielonej Górze takich podmiotów
jest tylko 11- tyle wynika z jednej z analiz prof. Fica z
Uniwersytetu Zielonogórskiego.
I nikt nie
przeciwdziała temu problemowi. Miasto Zielona Góra
dotychczas nie stworzyło Parku Przemysłowego albo Parku
Biznesowego- specjalnych obszarów z odpowiednią
infrastrukturą, umożliwiających lokowanie tam zakładów
przemysłowych przez inwestorów. Miasto w zasadzie nie ma
żadnych ofert dla wielkich producentów i nie stara się
przyciągnąć żadnych nowych podmiotów, nie mając nawet gdzie
ich ulokować. Dopiero gdy na inwestorów będą czekały tereny
inwestycyjne wraz z pełną infrastrukturą, wówczas będzie
można powiedzieć że jest dobrze.
Analizując ofertę dla
inwestorów na stronach www Urzędu Miejskiego stwierdzić
można, iż obecnie jedyne wolne tereny inwestycyjne w mieście
są własnością prywatną i mają raczej wygórowane ceny. Miasto
nie oferuje wielkim inwestorom nic za wyjątkiem publikacji
ofert od prywatnych właścicieli niewielkich działek, na ogół
zresztą nieuzbrojonych i położonych w tak odludnych,
oddalonych tak bardzo od wszelkich centrów aktywności
gospodarczej miejscach, że dojazd do nich jest skrajnie
trudny. Sytuacja ta co prawda powoli się zmienia wraz z
oddawaniem do użytku terenów Spalonego Lasu, ale wciąż jest
za mało atrakcyjnych ofert czekających na inwestorów. Jak
więc można liczyć na pojawienie się nowych podmiotów w
Winnym Grodzie? Czy polityka władz w tym zakresie nie nosi
znamion atrapy „rozwoju”? A może jest efektem
niekompetencji?
Centrum (socjalnej)
nudy
Weźmy na tapetę inny
przykład: centrum miasta. W Zielonej Górze starówka to
mieszkania socjalne oraz zupełna pustynia kulturalna w
porównaniu do centrów innych miast Polski. Nieliczne puby
powstały na ogół jedynie tam, gdzie właścicielem budynków
nie było miasto, albo gdzie w kamienicach nie mieściły się
mieszkania prywatne. Przy reprezentacyjnym deptaku, zamiast
przynoszących dochód sklepów upchnięto biura partyjne,
przedszkole (sic!), szkołę muzyczną z fasadą chorą na
odpychającą łuszczycę, i nader liczne mieszkania socjalne.
Przynoszący zyski handel został zepchnięty na margines, nie
wspominając o pubach i restauracjach, z reguły bardzo
dokuczliwych dla okolicznych mieszkańców. Zielonogórski
rynek to zaledwie kilka pubów, podczas gdy np. w Krakowie,
Wrocławiu lub małym Rzeszowie jest to plac pełen tętniących
życiem lokali, po brzegi wypełniony kawiarnianymi stolikami.
Dlaczego?
Gdy tylko przyjrzymy
się strukturze własności, wszystko będzie jasne. Domy w tych
tętniących życiem miejscach innych miast są na ogół
prywatne, i właściciel może je użytkować w dowolny
przynoszący największe zyski sposób, bez obawy że jego
właśni lokatorzy będą słać skargi na swojego landlorda.
Zresztą mieszkania w centrum miasta są popularne wśród
studentów, którym nie przeszkadza hałas dopływający z
lokali.
Sprywatyzowana starówka
tętni życiem nocnym i przyciąga kolejne inwestycje, a
starówka socjalna tętni nudą i bezrobociem. Z czasem stanie
się zwykłym, nieco starodawnym osiedlem bez żadnej funkcji
centralnej, jak to ma miejsce w pobliskim Cottbus, gdzie
„spokojna starość” całkowicie wygrała z funkcją rozrywkową.
Komunikacyjna
spirala
Absurdalna polityka
mieszkaniowa, każąca w centrach miast tworzyć domy spokojnej
starości zamiast dzielnic rozrywki, w Zielonej Górze jest
zestawiona z archaiczną polityką transportową. Zielona Góra
nie ma już zbiorowej komunikacji nocnej (a więc dostępnej
dla szerszej grupy ludności niż taksówki), co spowodowało iż
spadła liczba osób odwiedzających kluby i imprezy
kulturalne, a obniżony popyt wywołał silny spadek liczby
tych imprez, co miało ujemy wpływ na ich różnorodność.
Spirala kulturalnego upadku?
Oferta przewozowa jest
na poziomie najgorszym spośród wszystkich dużych miast tego
regionu, a najlepszym dowodem kryzysu jest liczba pasażerów,
prawie o połowę mniejsza niż w Gorzowie Wlkp. (60 tys. osób
w Zielonej Górze dziennie wobec 100 tys. tamże). Władze tym
problemom nie są w stanie zaradzić, czego przykładem są
rozmaite urzędowe dokumenty. Miejska strategia transportowa
to dzieło dyletanta, i jej krytyka byłaby obszerniejsza niż
sama ta strategia. Dziwić się wypada, skąd znaleziono tych
ekspertów, skoro na miejscu mamy innych dobrych
specjalistów, autorów choćby strategii transportu dla
województwa lubuskiego, która jest dziełem solidnym i
fachowym, choć skądinąd mało rewolucyjnym. Niestety- władze
miasta dobierają sobie ekspertów według innych kryteriów niż
kompetencja.
Fora ze dwora
Voting by feet-
głosowanie nogami było zawsze najodpowiedniejsza bronią
przeciwko ewidentnej nieudolności władz różnych regionów.
Najłatwiej jest się wynieść młodym, którzy zainwestowali
najmniej i zostając tam, gdzie nic się nie dzieje, tracą
relatywnie najwięcej. I to właśnie młodzi najszybciej
emigrują z naszego miasta, nie mogąc znaleźć dla siebie nic
atrakcyjnego. I trudno się im dziwić- wszak o nich
ewidentnie nie pomyślano. Za to dba się dobro tych, którzy w
zasadzie nic nowego nie tworzą i niewiele już dają.
Lokatorzy mieszkań socjalnych w kamienicach mieszczących
knajpy narzekają na hałas, wobec czego właściciele lokali
nie mogą urządzać głośnych imprez- takie relacje usłyszałem
od wielu znajomych właścicieli pubów i barów, którzy,
ograniczani niemożnością zaoferowania rozrywki, musieli je
zamknąć bądź ograniczyć działalność. „Wyleniałe staruszki”
(jak wyjątkowo bezczelnie podsumowała pisarka D. Masłowska),
którym hałas z klubów przeszkadza w czekaniu na śmierć,
stały się ważniejsze od interesu młodych i żądnych życia
mieszkańców, którzy chcieliby móc wydać zarobione pieniądze,
a w zasadzie nie za bardzo mają gdzie.
Każdy ma prawo do
życia, tylko że otwartym pozostaje pytanie: „za co”. W
momencie gdy interes staruszek przeważa nad przyszłością
miasta, to wypadałoby zapytać: kto tu rządzi i w czyim
interesie? A może mamy gerontokrację, i naczelnym interesem
rządzących jest zapewnienie mieszkańcom spokojnej starości?
Śródmiejska strefa
ciszy
Po cóż więc urządzać
ten cały cyrk? Ogłośmy centrum miasta strefą ciszy, puby
zamieńmy na mieszkania socjalne dla armii społecznych
rozbitków, a niedobitki śródmiejskich klubów wygońmy na
przedmieścia. Lokalną młodzież poinformujmy iż lepiej zrobi
jak się stąd wyniesie, nie przeszkadzając w uwiądzie
starszym. Tak zresztą zrobiła (i to bez proszenia)
zdecydowana większość moich młodszych wiekiem znajomych,
wynosząc się studiować i pracować gdzie indziej, wracając tu
jedynie na wakacje. Co ciekawe, znaczna część z nich decyzje
o wyjeździe z miasta podjęła niedawno, rezygnując ze studiów
w Winnym Grodzie i przenosząc się gdzie indziej. Mimo że
byli tutaj już związani emocjonalnie i gospodarczo, to
korzyści z mieszkania w innym mieście przeważyły nad tym co
stracili przy przeprowadzce. A była to w ich ocenie nudnawa
pustynia kulturalno-gospodarcza, którą dla własnej korzyści
zamienili na coś dla nich lepszego. Czy jest sens ich
zatrzymywać? Czy można im powiedzieć: jak się nie podoba, to
fora ze dwora, i to byle prędzej?
Shrinking cities
Shrinking cities
to kurczące się miasta, zorientowane na nieaktualne trendy,
niekiedy zarządzane przez nie mających kontaktu z
rzeczywistością decydentów, otoczonych gromadą
nieprofesjonalnych doradców-oszołomów. Tracą one
mieszkańców, szczególnie młodych. W momencie gdy miasto
opuszczają młodzi i staje się ono zdominowane przez ludzi
starych, wówczas ci starają się promować swoje partykularne
interesy (głównie „spokojną starość”) zaniedbując wszystko
inne. Miasta staczają się w dół drabiny demograficznej.
A przykłady czają się
już bardzo blisko. Już 50 km na zachód, pustką świeci Guben,
ongiś liczący 35 tysięcy mieszkańców, dziś liczy już tylko
26 tys. Musiano burzyć całe blokowiska. Nawet Frankfurt nad
Odrą, który sprzeciwił się temu trendowi lokując u siebie
Uniwersytet Viadrina, który szybko stał się sprężyną
napędzającą miasto, dziś burzy bloki nawet przy moście
granicznym, a z dawnych 86 tys. frankfurtczyków zostało ich
ledwie sześćdziesiątkilka tysięcy. Im dalej na wschód, tym
gorzej. Przeraża przykład Hoyerswerdy, miasta gdzie wieżowce
kładły się jak klocki domina- jeden za drugim, a 1/6
mieszkańców po prostu się wyprowadziło. Kiedy ten trend
uwiądu sięgnie Winnego Grodu, na taki los „ciężko”
pracującego?
Niech każdy głosuje
(nogą)
Mogę zrozumieć tych
moich znajomych, którzy zdecydowali się wyprowadzić, w akcie
desperacji głosując nogami przeciwko nudzie, pustce
kulturalnej i ekonomicznej. Głosujmy nogami i my: tylko tak
można skutecznie zmusić przepełnionych butą i pychą
decydentów, by zajęli się problemami ludzi młodych. Oni
zareagują dopiero widząc efekty swych działań właśnie przez
odpływ ludności, przez kurczące się słupki w tabelach,
malejące podatki i wydatki.
Zmiany są możliwe,
czego przykładem jest nawet polityka Frankfurtu nad Odrą,
fundującego nagrody pieniężne wszystkim młodym studentom,
którzy na miejsce zamieszkania i nauki wybrali właśnie to
miasto. Oczywiście, nauka twardych praw rynku nieco potrwa i
może dość przerzedzić populację młodzieży w mieście, ale być
może pewnego dnia władze zaczną liczyć ubytki i zatęsknią za
młodymi, czyli de facto za przyszłością. Ale możliwe jest,
że do tego czasu w Zielonej Górze raczej nie będzie młodym
czego szukać.
|