|

O lubuską Zachętę Sztuk Pięknych
Adam Fularz
Będąc
skrytykowanym przez Wojciecha Kozłowskiego,
dyrektora BWA [Puls nr: 78], chciałbym się
odnieść do Jego zarzutów. Kozłowski nie zgodził
się ze stwierdzeniem, iż Zielona Góra nosi łatkę
„kulturalnego zaścianka”. Dyrektor częściowo ma
rację, ponieważ BWA jest chyba jedyną tak
aktywną instytucją, która niezmordowanie
organizuje performance, wernisaże, a nawet
finisaże, i inne wszelakie zdarzenia kulturalne.
Ale poza BWA, to powiedzmy sobie szczerze: w
Zielonej Górze niespecjalnie wiele jest
organizowane.
Skąd ta łatka zaścianka? Wielu być może
przypomni sobie rządowe argumenty przeciwko
ulokowaniu stolicy województwa w Zielonej Górze.
Otóż ładnych parę lat temu przedstawiciele rządu
argumentowali, iż Winny Gród to pustynia bez
instytucji kultury, np. filharmonii (o której
istnieniu zapewne nie słyszeli, co nie dziwi).
Widocznie szefowie zielonogórskich przybytków
kultury nie uznają potrzeby wybicia się ponad
przeciętność, aby zaistnieć na krajowej arenie,
wzorem teatru, czy to legnickiego, czy to
wałbrzyskiego. Zamiast tego szefowie
zielonogórskich instytucji kultury pławią się w
„bezpiecznym” maraźmie. W mieście coś się
dzieje, ale „czasem tylko, gdy coś przyjedzie” -
jak to podsumowała moja znajoma.
Do zadziwienia czymś nowym nie potrzeba wielkich
pieniędzy, czego przykładem jest hiphopowy
spektakl teatru Wybrzeże pt. „12 Ławek”.
Występują w nim graficiarze, nawijacze,
breakdancerzy i skejci, a spektakl okazał się z
sukcesem przyciągać do teatru młodych ludzi.
Mimo że w Zielonej Górze młodych zdolnych ludzi
nie brakuje, to ich sztukę traktuje się zgoła
inaczej. Tutejsi breakdancerzy, którzy dawali
karkołomne popisy tańca ulicznego na winobraniu,
zostali oskarżeni przez policję o blokowanie
drogi przeciwpożarowej, i odwołują się od
nałożonych im kar. No cóż, tutejsza policja ma
zdaje się inne zdanie o sztuce ulicy niż
dyrektorzy teatrów, i ma 100 % wykrywalność
zaobserwowanych „przestępstw tanecznych” na
deptaku koło komendy.
Z argumentów przedstawionych przez dyrektora
Kozłowskiego wynika, jakoby idea wybudowania
sali zdolnej do wystawienia nawet oper była w
naszym mieście bardzo nierealna, a sam autor
zaleca poprawę połączeń z Berlinem (co prędko
nie nastąpi - na temacie kolei znam się w miarę
dobrze). Ale, ale - może nas jednak na salę
operową było stać, tylko przeraźliwie źle
wydaliśmy pieniądze?
Na budowę nowej sali koncertowej Filharmonii
Zielonogórskiej wydano, jak wynika z wypowiedzi
władz województwa, około 18 mln zł. Dysponując
takimi pieniędzmi można zbudować obiekt
pozwalający nawet na wystawianie oper. Dla
przykładu: władze Krakowa dopłacą tylko 15 mln
do kosztów budowy nowej opery (całość będzie
kosztowała ponad 54 mln, z czego 75% pieniędzy
pochodzić będzie ze środków strukturalnych).
Czyli jednak za swój wkład pieniężny samorząd
może postawić nie tylko salę koncertową, ale i
samą operę.
Ale nawet gdy są pieniądze na sztukę, to się o
nie nikt nie stara. Ja przynajmniej nie
słyszałem, by dyrektor BWA starał się pozyskać
pieniądze z programu „Znaki czasu” Ministerstwa
Kultury na zorganizowanie w Zielonej Górze
stałej (a nie tylko czasowej) ekspozycji sztuki
współczesnej. Według programu w województwach
mają powstać oddziały Towarzystwa Zachęty Sztuk
Pięknych, którym Ministerstwo dofinansowuje sumą
250 tys. zł zakup dzieł współczesnych polskich
artystów, tylko towarzystwa te muszą pozyskać
sponsorów na drugie tyle.
Przecież w ten sposób można by stworzyć Lubuską
Zachętę, której kolekcja mogłaby przyciągnąć
nowych zwiedzających do wybitnie nudnych muzeów
zielonogórskich (Muzeum Ziemi Lubuskiej w tym
przoduje), w których niektóre wystawy są
niezmieniane od około 20 lat (a może i dłużej,
jednak mój młody wiek ogranicza zdolność oceny).
Jak donosi „Gazeta Wyborcza”, do tej pory
inicjatorzy regionalnych Zachęt dogadali się w
11 ośrodkach, m.in. w Łodzi, Toruniu, Gdańsku,
Lublinie, Poznaniu, Wrocławiu, Białymstoku a
nawet w niewielkim Opolu. Inicjatywa ta często
jednoczy całe środowisko ludzi sztuki z danego
miasta. Jednak w Zielonej Górze o inicjatywie
Lubuskiej Zachęty jakoś dziwnie głucho, i nie
słychać, by ktoś zamierzał powołać takie
stowarzyszenie, co jest jednym z wymogów
otrzymania dotacji.
Dlaczego Pan, dyrektorze Kozłowski, nie tworzy
„Lubuskiej Zachęty”- czy to sztuka nowoczesna
jest niepotrzebna czy też jest już na nią
wystarczająco dużo pieniędzy i więcej nie
potrzeba?
Adam Fularz
|