|

Z
korowodu w korowód
Adam Fularz
Z
ciekawości zajrzałem na nasz winobraniowy
korowód, dopiero co wróciwszy z największego
korowodu Europy- londyńskiego Notting Hill.
Jestem
przerażony. W Zielonej Górze reaktywowano
biurokratycznego potwora. Karnawał w Zielonej
Górze był do tego stopnia imprezą reaktywowaną
po latach, że nawet prowadzący go mieli głos jak
z kroniki filmowej. Odtworzyli kronikę filmową
nadzwyczaj wiernie- ale czy w tym kierunku
powinien iść nasz korowód? W kierunku czasów
siermiężnego socjalizmu? A może powinien być
taki jak wcześniej?
Wielką
katastrofą korowodu w Zielonej Górze jest to że
jest on odgórnie organizowany, na zasadzie
przykazu z góry, rozkazu władz, zamiast być
oddolną inicjatywą młodych ludzi, bo przecież ci
najchętniej i najczęściej się bawią, często
mając najlepsze rozeznanie w temacie. Efektem
tego jest karnawał sztuczny, nudny do bólu, taki
że wyglądamy jego końca.
Korowód
londyński był właśnie tylko inicjatywą oddolną,
organizowaną przez ludzi, a nie przez władze
przymuszające ludzi do paradowania w jednym
kierunku. Tamtejszy korowód składał się z15- 20
ciężarówek z didżejami i głośnikami, za którymi
ciągnął się tłum przebierańców. Jaką grano
muzykę? Dominowała soca, czyli chyba najweselsza
muzyka świata, kompletnie nieznana w Polsce,
gdzie jest może 1-2 didżejów mogących
przygotować selekcję takiej muzyki na tego typu
imprezę. W rytmie soki, która od lat dominuje
tego typu korowody w wielu miejscach świata,
bawiło się około miliona ludzi.
Karnawały
(nie) stety są imprezami o rodowodzie
religijnym, i z reguły w dodatku ich pochodzenie
jest wręcz, hi hi, antykatolickie. Często są to
pogańskie imprezy, które powstały i rozwijają
się w widocznej opozycji do katolicyzmu i
chrześcijaństwa w ogóle. Korowód już w swych
korzeniach był pogański, miał
przedchrześcijańskie pochodzenie, i był
zwalczany przez hierarchię kościelną w wiekach
średnich. Do dziś korowód jest czymś poza tą
zhierarchizowaną instytucją, symbolizuje coś
innego- nie władze religijne, ale ludzi. U nas
jest jakby odwrotnie.
Karnawał
londyński ma wyraźnie rastafariański charakter,
zdecydowana większość dj-ów wywodzi się z
klimatów rasta, sama soca jest zresztą
wynalazkiem rastamanów pochodzących z Trynidadu.
W Londynie grano najnowsze przeboje tamtejszych
nawijaczy, zaś na korowodzie zielonogórskim
cicho grano strasznie starą muzykę sprzed co
najmniej 30 lub 40 lat. Nikt nie tańczył, tylko
przed karocą z Bachusem ktoś, jakiś cudzoziemiec
nieśmiało uderzył kilka razy w tamburyn i
darambukę. Był to członek jakiegoś zagranicznego
zespołu zmuszony do parady w korowodzie. Tym
uderzeniem zapewne chciał rozładować nerwową,
napiętą i pełną zakłopotania i straszliwej
sztywności atmosferę. Na szczęście wszystko się
skończyło po około 40 minutach.
Londyński
korowód toczył się na etapy przez dwa dni.
Dopiero drugiego dnia udało mi się pokonać całą
trasę korowodu który okrążał ulicami jedną z
eleganckich londyńskich dzielnic- Notting Hill.
Na początku było sztywno, ale po chwili bariera
pękła- tłum włączył się w gigantyczny korodód,
który toczył się od rana do wieczora, przez całe
dwa dni. Na tego typu imprezy zjeżdża się tam z
daleka od miliona do półtora miliona osób.
Na naszą
imprezę przyszła jedynie niewielka część
mieszkańców miasta, a sam korowód był niemal
zupełnie nierozreklamowany. Chyba słusznie- nie
było to coś robionego z przekonaniem.
Fot. Policja na karnawale
|